fbpx
 Kategoria Podróże

Ateny

czyli weekend z krótkim rękawkiem przed Bożym Narodzeniem

Powróciliśmy do Grecji . Tym razem nie sami i nie w okresie urlopowym. Zrobiliśmy sobie wspólnie z przyjaciółmi rozszerzony weekend w tym przedświątecznym czasie. Na dobór tak niekonwencjonalnego terminu tak naprawdę duży wpływ miał Ryanair, który zainteresował nas ciekawą ofertą przelotów.

Po przylocie przywitało nas słoneczne niebo i gorąca jak na grudzień temperatura – 20  stopni sprawiło, że pozbyliśmy się swetrów , a płaszcze przewiesiliśmy przez ramię Mieliśmy zaplanowany transport do centrum – wykupienie 3 dniowego biletu który zawierał również kolej z lotniska . Jednak plany pokrzyżował nam pewien Grecki strajk  – w tym dniu pociąg nie kursował… Pozostało nam skorzystać z usług taxi (Uber proponował przewóz max 3 osób w aucie – chyba ewenement bo praktycznie same cabrio). Sprawnie znaleźliśmy kierowcę i po chwili wspólnie jechaliśmy w kierunku naszego lokum. Styl jazdy pana taksówkarza od razu przypomniał mi ten włoski. W skrócie – nie za bardzo przejmujesz się innymi użytkownikami ruchu drogowego , a przepisy są tylko po to by jedynie sugerować pewne rozwiązania a nie by je stosować. Na końcu podróży nie do końca wiedząc dlaczego doliczył nam parę euro, tak że sumarycznie podróż wyszła nas 50 euro. Trochę duży wydatek jak na pierwszy dzień ale właściwie tyle samo oferował nam George – czyli właściciel wynajętego przez nas apartamentu Airbnb. Niestety nie mógł nas przywitać osobiście ale za pośrednictwem aplikacji był z nami w stałym kontakcie, a po odbiór kluczy wysłał swojego asystenta, który pokazał mieszkanie. Pierwszy raz widziałem żeby rzeczywistość była lepsza od zdjęć z oferty. Mieszkanie było ogromne  – dwa pokoje sypialne, dwie łazienki, olbrzymia kuchnia i taras plus część dzienna, a to wszystko za relatywnie małe pieniądze.
Słońce świeciło , mieliśmy piękne mieszkanie , zatem nie pozostało nam nic innego jak rozpocząć zwiedzanie. Zaczęliśmy od świetnej restauracji, która była pod naszym mieszkaniem. Zakochaliśmy się w tym miejscu i wracaliśmy codziennie na pyszną sałatkę  i domowe wino oraz Rakii. Posileni udaliśmy się na spacer stracić trochę kalorii. Za cel obraliśmy sobie okoliczny park, który okazał się wielkim centrum edukacyjno-kulturalnym mieszącym  między innymi Bibliotekę Narodową i operę. Jest to architektoniczna perełka – park płynnie piął się w górę tworząc na końcu  dach  Biblioteki.  Spacerując po parku korzystaliśmy z ciekawostek parku, takich jak bujane zwierzęta, grające cymbały czy huśtawki. Na przerwę obraliśmy malutką knajpkę gdzie zostaliśmy naładowani energetycznym piwem ;) Niedługo pojawił się ochroniarz i jak się okazało dopiero po chwili , oznajmił nam że zaraz park zostanie zamknięty. Zdziwieni poszliśmy do wyjścia gdzie spacerując wzdłuż płotu podziwialiśmy wkomponowany obok ścieżek dla pieszych zbiornik wodny i lodowisko. Budynek opery był otwarty więc postanowiliśmy zobaczyć park z góry. Była to uczta nie tylko dla oczu, ponieważ natrafiliśmy na koncert Simon Bolvar Orchestra. Jednakże nie był to pełny skład oczywiście a wyjątkowo Wenezuelczycy uraczyli nas aranżacją na 8 trąbek. Zamówiliśmy butelkę wina i posłuchamy godzinnego koncertu. Po nim udaliśmy się do portu oglądając zacumowane jachty. Tak minął nam pierwszy pełen wrażeń dzień który był dla nas zapowiedzią tej naszej wycieczki. Troszkę żałowaliśmy, że nie zabraliśmy aparatu (te są z ajfonka). Ale za to zdjęciami nadrobiliśmy w dniu następnym.
Wyspani po wczesnym ułożeniu do snu wybraliśmy się do zwiedzania miasta. Słoneczna pogoda i błękitna pogoda napełniła nas energią więc postanowiliśmy że zwiedzając okolicę na pewno uda nam się natrafić na kawiarnię. I tak się stało. Niepozorny budynek który z początku wydawał się zwykłym sklepikiem spożywczym okazał się być dobrym miejscem na poranne śniadanie. Wśród promieni słońca i interesujących starych aut czułem się trochę jak na Kubie (mimo że nigdy nie bylem, aczkolwiek niedawno słyszeliśmy opowieści od naszych przyjaciół). Pijąc kawę czekaliśmy na omlety. Sprzedawca wydał się nam trochę … powolny. Samo donoszenie kolejnych kaw zajęło trochę czasu , a oczekiwanie na posiłek zaczęło nas trochę nużyc i wtem nasz Grek przyszedł oznajmić nam że nie dostaniemy swojego śniadania ponieważ skuter (kuchnia okazała się być 1 km od lokalu) miał wypadek . No cóż zjedliśmy kanapki które były dostępne i wyruszyliśmy dalej. Dotarliśmy w końcu do centrum i na pierwszy cel naszego zwiedzania obraliśmy słynny Akropol. Okazało się że w sezonie zimowym obowiązuje 50% zniżka – i takie informacje mnie cieszą. Oglądając zniszczone resztki dawnego miejsca kultu na  tym ateńskim wzgórzu wapiennym czuliśmy się bardzo rześko i przyjemnie. Po prostu cieszyliśmy się tym faktem że nie jest to środek lata z zabójczą temperaturą i tłumem turystów. Naprawdę grudzień jest świetną porą na zwiedzanie miasta –  tylko usłyszana zza płotu melodia „Jingle Bells” grana na skrzypcach przez okolicznego grajka troszkę dziwiła. Nie do końca pasowała do całej otoczki. Aczkolwiek przecież Grecy również obchodzą święta a tak właściwie to wątpię żeby kojarzyli je ze śniegiem i bałwanem :)
Rozpościerał się piękny widok na Ateny oraz na morze śródziemne.  W drodze na szczyt widać było  majestatyczne rzeźby i architekturę – m.in. teatr Dionizosa, odeon Heroda Attyka –  jednakże mocno zniszczone. Dźwig budowlany na szczycie  podkreślał fakt, że obecnie mieszkańcy chcą się troszczyć o zabytki. Szkoda że najpierw chrześcijanie, potem muzułmanie przekształcani to miejsce kultu na swoje własne świątynie uszkadzając wiele rzeźb. O walkach i rabunkach nie wspominając… Po tym zapoznaniu się z najważniejszym zabytkiem Aten (tak – na Akropolu stoi Partenon ;) ) udaliśmy się na obiad po którym rozdzieliliśmy się. Przyjaciele poszli do muzem dowiadując się wielu interesujących rzeczy o Akropolu, my natomiast udaliśmy się na poznawanie okolicznych uliczek.
Spotkaliśmy się z nimi w parku skąd wybraliśmy się na pierwszy nowożytny stadion Olimpijski, Duża budowla z niebezpiecznymi stromymi schodami zachęciła nas nie tylko do zrobienia sobie zdjęć z ostatnich rzędów na zachodzące obok Akropolu słońca, ale również do … przebiegniecie okrążenia niczym olimpijczycy, Wspólnie przebiegliśmy 400 metrów, a przekraczając metę trzymaliśmy  się za ręce ;) Nawet pewna starsza Japonka biła nam brawo. Kolejny sportowy sukces mimo braku medalu :)
Następnym punktem naszej wycieczki było dalsze powolne zwiedzanie parku który mimo pięknych okazów drzew i zwierząt (papugi, króliki, rybki, świnki) wydał się nam trochę zaniedbany. Później natrafiliśmy na demonstracje Greckich emerytów żądających podwyżek oraz zmianę warty na placu konstytucji obok pałacu prezydenta. Ewzoni czyli reprezentacyjna formacja wojskowa zaprezentowała nam swoje stroje i wyjątkowy krok defiladowy. Muszę przyznać że jest on specyficzny. Polecam nagrania na YT. Mijając wielką choinkę zapuściliśmy się kolejny raz w uliczki tej ciepłej stolicy. Nieoczekiwanie trafiliśmy na niesamowitą ulicę. Byliśmy przed kawiarnią Little Kook. Mimo wieczora przed lokalem oczekiwały tłumy. Nie dziwię się. Wystrój przed lokalem obejmował część ulicy i okoliczne budynki (które jak się później okazało były jej częścią) naprawdę cieszył oczy. Miliony światełek i dekoracji. Czuło się naprawdę magię świąt. Po 15 minutowym oczekiwaniu zobaczyliśmy, że to ekscentryczne miejsce jest jak ze świata  bajki. Może trochę przesadzone , może kiczowate – jednak warte odwiedzenia. Ceny wyjątkowo wysokie rekompensował smak deserów, które były tak syte (i słodkie), że dwa wystarczyły w sam raz na naszą czwórkę. Takim akcentem kończyliśmy już zwiedzanie centrum, wpadliśmy przypadkiem jeszcze do knajpki gdzie na boisku rozgrywany był mecz więc korzystając z okazji zatrzymaliśmy się na chwilkę, a po powrocie do mieszkania skusiliśmy się jeszcze na lampkę wina (oczywiście tylko by poprawić krążenie ;) )
Kolejny dzień miał przynieść popołudniu  deszcz – według prognozy pogody. Postanowiliśmy zatem jak najlepiej wykorzystać czas do tego momentu. Udaliśmy się zobaczyć pozostałe atrakcje Aten. Zaczęliśmy od spaceru wokół greckiej i rzymskiej Agory, później zwiedzając uliczki dotarliśmy do muzycznych schodów. Niestety nie grały choć wizualnie imitowały klawisze fortepianu.
Wzgórze Likavitos jako najwyższe wzniesienie Aten (ok 277m) zaciekawiło nas. Domyśliliśmy się, że może nam zaoferować jeszcze ciekawszy widok na panoramę Aten. Droga na szczyt nie była łatwa ponieważ wybraliśmy pieszą wycieczkę zamiast kolejki linowej. Szczerze nie wyobrażam sobie wchodzić tam latem, ponieważ nawet przy przy grudniowych temperaturach odczułem lekkie zmęczenie i pot. Pewna Pani w drodze na szczyt oferowała nam piwo i wodę, jednakże niezbędne zakupy uczyniliśmy już wcześniej. Widoki były przepiękne, jednak zbliżające się chmury były zwiastunem nadciągającego deszczu. Zatem obejrzeliśmy widoki oraz pewną kobietę tańczącą – prawdopodobnie do przyszłego teledysku o czym przekonywał nas widok profesjonalnego kamerzysty – i udaliśmy się w drogę powrotną. Może przy lepszej pogodzie zajrzelibyśmy również do znajdującej się tam kawiarni… Stało się jedna inaczej i po zejściu w drodze na metru spotkaliśmy się z deszczem.  Postanowiliśmy go przeczekać w muzeum wojny, które znajdowało się niedaleko wejścia do metra. Kosztem 4 euro rozpoczęliśmy zwiedzanie. Usia postanowiła na nas poczekać, a my zwiedziliśmy muzeum. Niestety większość opisów była po grecku , a same eksponaty mimo że ciekawe nie wprawiły w zachwyt. W skrócie ciekawa pozycja, choć niczego nie stracimy nie odwiedzając jej.
Zakończyliśmy dzień dojeżdżając do portu , gdzie zjedliśmy kolację , a następnie w związku z nieciekawą pogodą udaliśmy się na spoczynek. Zmęczeni dotarliśmy do domu gdzie wpadliśmy na pomysł pożegnania naszej sympatycznej restauracji zna przeciwka. Udaliśmy się tam zasmakować Rakii , naszej ulubionej sałatki oraz paru lokalnych przysmaków. Szczęśliwi, bo pojedzeni udaliśmy się do mieszkania .
Ostatniego dnia zjedliśmy śniadanie  w kawiarnio-piekarni  obok przystanku autobusowego jak przypuszczamy robi  większość Greków. Zasmakowaliśmy znakomitej kawy , porcję ciasta francuskiego ze szpinakiem oraz inne interesujące poranne kanapki. Tym akcentem zakończyliśmy naszą podróż. Udaliśmy się do metra skąd z przesiadką dojechaliśmy na lotnisko, a niedzielny wieczór spędzaliśmy już w Polsce.
Podsumowując jeśli ktoś z Was będzie się kiedyś zastanawiał czy zwiedzić Ateny zimą to odpowiemy że gorąco polecamy !
Nie wyobrażam sobie zwiedzania tego miasta w lipcowej duchocie i w tłumie wakacyjnych urlopowiczów :)
Ostatnie wpisy