Kategoria Podróże

Irlandia

Czyli krótki post o kraju, w którym wszystko można było ale nic nie trzeba.

Moja wyprawa do Irlandii zaczęła się dość nietypowo nawet jak na mnie, czekała mnie osiemnastogodzinna przeprawa z Gliwic przez Katowice do Gdańska, skąd leciałam do Brukseli a tam czekałam 5 i pół godziny na lot do Dublina, i to wszystko w towarzystwie jednego głosu – samej siebie! Na lotnisku miała mnie odebrać jakaś obca Pani z małym synkiem, których nigdy nie widziałam wcześniej na oczy, ale o Asi i Majkelu później! Kompletnie nie rozumiałam słowa ‘banan’ w odniesieniu do osoby aż do czasu tej wyprawy, ona jest przykładem oszczędzania pieniędzy kosztem czasu i poświęcenia. Ale spokojnie, z ręką na sercu mogę powiedzieć – podobało mi się i było warto, oprócz czasu w Podolino do Gdańska, w którym poznałam aż trzech naprawdę fajnych ludzi ( jeden synek z Iławy to mnie ostro namawiał na Politechnikę Gdańską) później już było tylko lepiej – zatłoczony bus na lotnisko jadący chyba z tydzień, wchodzący na mnie ludzie, pomylona bramka i stresik, że torba do wytycznych WizzAir jednak się nie zmieści. Nikt jednak tego nie sprawdził.
Później już była Bruksela, gdzie po dwóch godzinach zagadałam do młodej pary Irlandzkich Polaków – Gosi i Tomka, z którymi spędziłam następne trzy godziny, opowiadali o Irlandii w taki sposób że marzyłam już by dreptać po tej pięknej ziemi, dostałam namiary na nich z zaproszeniem na teraz i przyszłe lata! Spisałam nazwę chleba tostowego, masła, fasolki do których dodaje się jajka i kaszankę, co stanowi typowe Irlandzkie śniadanie!

No i takim śniadaniem moi domownicy ugościli mnie już w sobotę rano ( zapomniałam zrobić foteczki :( )

Czas w Irlandii na początku się zatrzymał, dni były długie a nocy jakby wcale! To było bardzo złudne!
W sobotę zwiedziliśmy Phoenix Park, z kieszeniami pełnymi marchewek ruszyliśmy na poszukiwania danieli, udało się nam niestety tylko nakarmić kilka z nich. Następnym punktem programu było zwiedzanie rezydencji Prezydenta Irlandii, z którego największe wrażenie zrobiły na mnie przepiękne ogrody i szklarnie! Okropnie tego dnia przemokliśmy, Irlandzka pogoda jest naprawdę zmienna i przebiegła ale podczas mojego pobytu spisała się na medal, poza paroma dniami z lekkim deszczykiem to słońce nie opuszczało nas niemal wcale!

Drugiego dnia wraz z Dorianem i Natalią wybraliśmy się do Jameson House czyli po prostu do pięknego muzeum wkiskey gdzie oprócz procesu przygotowywania trunku poznałam całą jego historię i spróbowałam różnych rodzajów whisky ( a wiecie jak ją uwielbiam )! Byliśmy również na frytkach i piwku ( Guinness typowo ) w Kościele – ‘Church’ to nic innego jak piękna restauracja we wnętrzach kościoła w centrum Dublina.

W tygodniu domownicy pracowali a ja starałam się uczyć, choć nawet patrzenie przez okno na szeregowe domy i zieloną okolice wydawało się ciekawsze. Zakochałam się w architekturze od pierwszego wyjazdu na miasto, malutkie uliczki w których mijały się samochody były węższe od naszych jednokierunkowych, to było naprawdę niesamowite bo Irlandczycy wcale nie jeżdżą po nich wolno :o

We wtorek Asia zabrała nas do Dublina nad morze do którego zostałam ‘wsadzona’ ale oczywiście za zgodą, woda była wyjątkowo mokra a fale potężne! Chrzest można zaliczyć do udanych! Oczywiście każdemu polecam pilling stóp na kamienistej plaży – idealna do samozaparcia!

 
Ze spokojem mogę stwierdzić: dla tych zachodów słońca warto tam polecieć chociaż na jeden dzień, żadne zdjęcie nie opisze tego co wyczyniało niebo podczas naszej przechadzki brzegiem morza.

Czas leciał coraz szybciej, próbowałam nawet biegać ale kontuzja łydki pozwalała mi jedynie na rower chociaż w tej sytuacji cieszyło mnie to niesamowicie. Niedaleko naszego domu mieści się piękny park, przez który płynie rzeka – uwielbiałam wpadać tam chociaż na chwilkę i ścigać się z promieniami słońca, ostatniego dnia zrobiliśmy nawet taką dłuższą trasę po okolicznych drogach, uliczkach i mostach. Oczywiście nie obeszło się bez wtopy: jak się okazało tam na rowerze jeździ się w kamizelkach ‘nie zabijaj’, której nie miałam więc kierowca nie oszczędzał na mnie klaksonu :o <megawstyd>.

W piątek pomagaliśmy w przeprowadzce znajomym od rodziców Jakuba – Krysi i Jackowi, zdjęcie po rozładunku (tacy twarzowi! ).

W sobotę pojechaliśmy wszyscy razem do Cork gdzie poznałam Krzyśka i Magdę! Magda prowadzi cukiernię i robi cudowne gofry (ciasta, ciasteczka i inne też) <3 Krzysiek natomiast to zapalony kolarz także tematy do rozmów nam się nie kończyły! Sobotę spędziliśmy zwiedzając zamek i odwiedzając stary cmentarz.

W niedzielę była cudowna pogoda (w Cork słońce to rzadkość! ) dlatego pojechaliśmy nad Ocen popływać kajakiem co z perspektywy czasu było chyba najfajniejszym przeżyciem wyjazdu- szok i półtora metrowa fala zrobiły na mnie ogromne wrażenie, do tego stopnia, że pierwsza zmyła mnie z miejsca z druga już z kajaka :D  Na koniec pojechaliśmy zobaczyć p i ę k n e klify!

Gdy zostały trzy dni do wylotu: W poniedziałek skusiliśmy się na muzeum Guinnessa, o tyle nie jest to moje ulubione piwo o tyle muzeum wprawiło mnie w ogromny zachwyt, wszystkie ekspozycje wykonane były z należytą wrażliwością – mnie to muzeum kupiło!

Wypad piątrowym autobusem na miasto i wysyłanie kartek było w czołówce mojej listy do zrealizowania w Iralndii, dodatkowo podróżowaliśmy tramwajem i linią DART, spacerowaliśmy nad brzegiem morza (podczas odpływu km wgłęb haha) w pełnym słońcu, jedliśmy bułki z Tesco pod Uniwersytetem popijając je colką life, zwiedziliśmy wszystkie Primarki ( tamtejsze Penneys) po parę razy każdy w ciągu trzech dni.


Największym hitem było spakowanie longboarda (110 cm) do torby we flamingi (70 cm). Strecz i trytytki zamieniły torbę z przytwierdzonym deckiem w mebel kuchenny, który do Polski poleciał ze specjalną opieką obsługi – należytą dla mebli (ale wcześniej najedliśmy się strachu) nie ma co!

Kochani, mogłabym o tym kraju, życzliwości ludzi, o swoich przygodach i przemyśleniach pisać godzinami, ale wówczas napisałabym książkę!

Myślę, że ta podróż była taką małą lekcja przede wszystkim docierania się samej ze sobą, wiele sytuacji pokazało mi, że o świecie nie wiem nic a moje życie dopiero się zaczyna. Przemyśleń była cała masa, od tych co chciałabym robić w życiu i gdzie po to co w sobie zmienić by być jeszcze lepszą, zostawiłam tam kawałek siebie więc na pewno jeszcze tam wrócę, a każdemu kto zapyta czy warto zawsze będę powtarzać, że tak!

Dziękuję wszystkim osobom, które przyczyniły się do mojej małej podróży i każdej z przygód, szczególnie Jakubowi, że mnie tam zabrał, Asi i Krzyśkowi za ciepłe przyjęcie u siebie w domu i Majkelkowi za umilanie każdego dnia, za opowieści, rozmowy, za wszystko co udało mi się dzięki wam zobaczyć, za całe ciepło i życzliwość, którą mnie obdarowywaliście, jak to mówią – coś się kończy a coś się zaczyna, ja myślę, że zyskałam coś naprawdę cennego!

Foteczki cykał Jakub!

na koniec kilka luźnych fotek z Limerick.

Ostatnie wpisy