fbpx
 Kategoria Podróże

Kreta

pełna życzliwych ludzi, pięknych widoków i ciągłych zaskoczeń

Kolejna wspólna przygoda miała zdecydowanie inny charakter niż podróż po Włoszech. Nie tylko z powodu typu podróży, ale również pod względem naszych wzajemnych relacji. Myślę że można powiedzieć, że czuliśmy iż to będzie zupełnie inny charakter wyjazdu bo już mieszkaliśmy ze sobą jakiś czas. Tym razem podróż miało nam ułatwić biuro podróży. Z powodu ciągłej pracy (od poniedziałku do niedzieli ) zdecydowaliśmy się na upatrywanie okazji. Mieliśmy upatrzony termin, ale byliśmy elastyczni w wyborze miejsca. Niestety nie dało się upolować „okazji” a z dostępnych kierunków najciekawsza okazałą się Grecji – a dokładniej Kreta.

Zawsze miałem wysokie wyobrażenia o wakacjach All Inclusive a tym bardziej w słonecznej, antycznej Grecji – choć nigdy nie korzystałem z ofert biura podroży.
Z dobrym humorem wyjechaliśmy na lotnisko. Zostawiliśmy auto na parkingu i po chwili byliśmy na terminalu. Nie wiedziałem, że tyle lotów wakacyjnych z biur podroży jest własnie w godzinach nocnych.  Było mnóstwo ludzi. Kolejka w terminalu, lot, odbiór bagażu i po paru godzinach , będąc na miejscy byliśmy powitani błękitnym niebem i gorącym słońcem. Godzinna podroż autobusem i w końcu dotarliśmy do upragnionego celu podróży. Był to niewielki hotel zapewniający odpoczynek od zgiełku codziennej pracy i gonitwy z czasem. Basen z czystą wodą  otoczony niską zabudową hotelową zadziałał na naszą wyobraźnię . Słońce świeciło jaskrawo mimo że była dopiero 8 rano. Oprócz obsługi, która zapewniła nam śniadanie towarzyszyły nam cykady. Co prawda nie spotkaliśmy ich , jednak przez cały pobyt zwyczajnie słyszeliśmy ich obecność. Po posiłku zameldowaliśmy się w pokoju i.. poszliśmy spać. Właściwie początek wakacji nas już trochę zmęczył. Pod tym względem spodziewałem się innego początku.

Po pobudce kontynuowaliśmy dzień  na totalnym chill oucie, korzystaliśmy z hotelowego basenu, udaliśmy się nad morze, które było po drugiej stronie ulicy  i zwiedziliśmy okolice. Nie musieliśmy się martwic o jedzenie i drinki co było całkiem przyjemne :)

Oczekując w hotelowym basenie na kolejnego drinka z  hotelowego open baru  poznaliśmy inna parę polaków. Tak naprawdę w większości to Polacy byli gośćmi tego hotelu. Jednak owa para Była już w połowie urlopu wiec mogliśmy  czerpać z innych doświadczenia i dowiedzieć się czegoś o okolicy. Skorzystaliśmy z propozycji i wspólnie udaliśmy się na przystanek autobusowy skąd pojechaliśmy do miasta – Rethymnon. Było ono oddalone zaledwie 20-30 minut drogi od naszego hotelu, a było naprawdę malownicze.. Poczałkowo szukaliśmy analogi do naszej poprzedniej podroży do Włoch, jednak po pewnym czasie stwierdzimy ze mimo pewnych podobieństw to zdecydowanie nie ten sam kraj. Grecy byli jeszcze bardziej cenili sobie wolny czas , odpoczynek i rodzinę. Chwila spędzona w czwórkę  (a właściwie w 5 – bo podróżowali z  córką) była bardzo miła. Podczas podroży we dwójkę poznanie kogoś nowego i możliwość wymiany myśli dodaje barw.

Po powrocie do hotelu przekonaliśmy się, że warto stosować kremy, a właściwie to przekonała się o tym  Usia, dziwila się iż cały czas smarowałem się kremem z filtrem 50 , twierdząc, że przecież chce się opalić. A jednak dzięki temu nie odczułem żadnych negatywnych skutków opalania. Natomiast Usia … no coz , swoje musiała przecierpieć :) Kolejnego dnia już sama upominała się o smarowanie pięćdziesiątką i to co parę godzin :)

Kolejny dzień również dostarczał nam sielanki. Basen, słonce, drinki. Mimo że minęło dopiero 2 dni to tak naprawdę czuliśmy się zupełnie wypoczęci i powoli zaczęło nam brakować podróżowania. Oczywiście powinienem wpleść jeszcze opisy spacerów, oglądania zachodów słońca , ale opis każdej sekundy naszej podroży zdecydowanie zmieniłby bloga w małą książkę. :D

Dowiedzieliśmy się, że w hotelu, który należny do tej samej sieci odbywa się  wieczorem Grecki. Po informacji, że nasze opaski działają również tam oraz fakcie ze znajduje się zaledwie 300 metrów od naszego postanowimy się tam udać. Był to dwu-trzykrotnie większy hotel. Nie składał się z małych osobnych domeczków lecz mieścił się w ramach jednego wielkiego budynku. Na tarasie w specjalnie wyznaczonym miejscu grupka tancerzy odprawiała greckie tance. Oczywiście do tradycyjnej greckiej zorby zapraszała wszystkich uczestników. Ciesze się, że mogę teraz powiedzieć „tańczyłem zorbe” w Grecji, ponoć szło mi nieźle, ale ponoć bo to moje odczucia :D. Musze przyznać, że po chwili byłem naprawdę zmęczony!
Po zabawie tanecznej był pokaz muzyczny. Muzycy grając na tradycyjnych greckich instrumentach umajali chwile turystom, którzy sączyli drinki. Chcąc wypytać o szczegóły mieszkania w tym nowo zapoznanym hotelu dosiedliśmy się do pewnej pary z Katowic. Ilona i Łukasz własnie kończyli swój pobyt na Krecie i poopowiadali nam o paru ciekawych miejscach do zobaczenia! Zaczęliśmy od razu budować w głowie wizje gdzie możemy się udać po wypożyczeniu auta. Łukasz ma ciemna karnacje oraz specyficzną urodę  i gdy powiedzieliśmy, że początkowo myśleliśmy ze jest grekiem to … bardzo się ucieszył bo jak mówił – często jest przyrównywany do cygana. Żałowaliśmy, że ta zakochana w sobie po uszy dwójka kończy swoje wakacje ponieważ byli naprawdę pozytywni.  Po paru kolejnych drinkach zawisnęliśmy ze muzycy zaprzestali już grac i goście powoli opuszczają taras. W końcu przyszła i nas kolej. Pożegnaliśmy  się i pognaliśmy do pokoju obiecując sobie wynajem auta w dniu następnym. Ponadto pomyśleliśmy że przydałoby się trochę pobiegać….

Jednak rano tylko Usia miała na tyle silnej woli i determinacji by o 5 rano (by uniknąć ciepła) przebiec się wzdłuż morza. Zazdroszczę jej tych widoków :)!
Po mojej pobudce i wypoczynku udaliśmy się w poszukiwania wypożyczalni. Niedaleko hotelu natrafiliśmy na 2 wielkie wypożyczalnie. Najpierw w jednej potem drugiej podpytaliśmy o ceny i niestety nie były zbyt tanie – 60 euro kosztowało auto z litrowym lub mniejszym silnikiem , wizualnie niezbyt ciekawe. Cabrio A4 to był wydatek 100 euro… Troche drogo jak na dwie osoby by pozwiedzać przez jeden dzień. No i  przypomnieliśmy sobie zasłyszaną informację od gości hotelowych aby przejść się wzdłuż alei i zajrzeć do jeszcze jednej wypożyczalni. Zobaczyliśmy tam psa kryjącego się przed słońcem i panią za biurkiem wokół której było mnóstwo ulotek i mapa Grecji. Niezrażeni tym faktem podeszliśmy i jak się okazało to była dobra decyzja. Za 90 euro dostaliśmy peugeot cabrio na dwa dni z pełnym ubezpieczeniem! :D
Auto dostaliśmy już wieczorem, wiec mogliśmy wyruszyć z samego rana. Nocą zrobimy sobie tylko krotką przejażdżkę a później planowaliśmy na mapach nasze podrożę – Zaznaczaliśmy ciekawe miejsca by zaliczyć ich jak najwięcej i możliwie za pomocą jednej trasy. Rano otrzymaliśmy zamówione dnia poprzedniego Lunch Boxy. Rezydentka z TUI chwaliła te boxy, mówiąc że stanowią dobre wyżywienie, a cena tylko 2 euro tym bardziej nas przekonała. Zdziwiliśmy się trochę, że otrzymaliśmy tylko kartonowy soczek, jedno ciastko i dwie male kanapki… no cóż jednak nie było się co oszukiwać , to tylko 2 euro.
Wskoczyliśmy do auta i ruszyliśmy. Poczałkowo troszkę stresowałem się prowadzić woź z wypożyczalni, jednak z każdym kilometrem czułem większy luz. Jechaliśmy do Palm Beach, urokliwej plaży przy której rosły palmy oraz znajdowała się rzeka która uchodziła do morza. By się tam dostać trzeba było przejechać z Rethymnon całą szerokość Krety przez góry. Cieszyliśmy się ze wybraliśmy cabrio i to jeszcze z dobrym silnikiem. Szczerze powiedziawszy bałbym się jechać autem o mniejszej mocy po tych górach. Widoki były piękne. Niesamowite było znaleźć się tak wysoko – przecież niedawno widzieliśmy przecież morze. Na drodze spotkaliśmy niecodziennych towarzyszy  – kozy. Co najmniej setka kóz spokojnie zbiegały sobie prawym pasem rogi ze szczytu. Ich dzwoneczki brzęczał jak na filmach. Niesamowite. jeszcze dziwniejszym widokiem było spotkać ich pasterza który po dwóch minutach wyłonił się zza zakrętu – Grek owinięty szmatą na twrazy jadący kładem :D  Po dotarciu na parking czekało nas przejście 430 schodów (Usia oczywiscie liczyła) które prowadziły z klifu, ale naprawdę było warto. Byliśmy tam około 8:00 wiec nie było nikogo. Stwierdzimy, że to chyba jedyna okazja i … skoczyliśmy sobie nago w objęcia fal :D Było naprawdę cudownie. Po chwili leniuchowania i zwiedzeniu słynnych palm wokół plaży udaliśmy się w dalsza podróż.
Jadąc dalej zjedliśmy posiłek  i napiliśmy się kawki w knajpie położonej w górach, gdzie taras znajdujący się na zewnątrz budynku pokazywał widok na ogromne morze. Musze przyznać, że wiało dość mocno mimo błękitnego nieba. Posileni udaliśmy się na zaznaczony na mapie zamek , który nie wydał się nam niczym nadzwyczajnym. Ciekawszy widok był obok. Pole spalone po pożarze, który musiał kiedyś nawiedzić to miejsce. Widok jak z Fallout Tactic. Udaliśmy się w powrotna drogę zahaczając jeszcze o jedyne jezioro na krecie. Było ono naprawdę duże i była tam masa turystów. Wypożyczymy sobie rowerek wodny  i przez godzinę szukaliśmy olbrzymich żółwi i złotych rybek – niestety bez skutku. Udaliśmy się do hotelu na kolacje, a po niej przy lampce dobrego alkoholu snuliśmy plany na kolejny dzień.
Myśleliśmy którą z plaż wybrać – Lagune Balos wraz z bezludną wyspą Gramvoussa  czy Elafonisi czyli plażę z charakterystycznym różowym piaskiem. Jako, że na Balos należało doliczyć koszt statku (nie można tam  dostać się autem z wypożyczalni) postanowiliśmy się wybrać na Elafonisi. Po drodze oczywiście znów mieliśmy piękne widoki. Kabriolet w Grecji – polecam. Poza tym cieszyło nas, że nie zdecydowaliśmy się na wybór wycieczki fakultatywnej z TUI (strasznie drogo) ani tez u miejscowych (przystępne ceny). Byliśmy panami naszego losu. Mogliśmy stanąć gdziekolwiek chcieliśmy – czy to na kawę czy to tez zrobić zdjęcie czy po prostu nasycić się widokami.
Mogliśmy również zwiedzić olbrzymią jaskinie, kupić miód i Rakije od Polki która sprzedawała trunki od lokalnego księdza. Widać było że nie tylko lubiła tą pracę ale również wyroby swojego wielebnego ;)

Co do plaży – cudowna. Dużo turystów ale tez mnóstwo terenu. Krystalicznie czysta woda, piękna laguna. Świetne było tez to ze wszędzie czekały leżaczki i przygotowane parasole – wszystko estetycznie ustawione. Co prawda za tą przyjemność trzeba było zapłacić. Ale za cenę 8 euro naprawdę warto . Co prawda w tym miejscu moglibyśmy rozłożyć ręcznik (cebula) nawet na piasku – poza tym że był różowawy to strukturą niemal jak nad Bałtykiem. Drobny i przyjemny.

W drodze powrotnej oprócz opisanych wcześniej widoków zwiedziliśmy również Chanie. Jedno z największych miast na Krecie. Musze przyznac ze miało swoj urok , jednak Rethymno zdecydowanie wygrywało pod tym względem. W drodze wiatr rozwiewał nam włosy przy otwartym dachu a my patrzyliśmy w stronę zachodzącego słońca – niestety to był koniec naszej przygody z wypożyczonym autem, jednak nie koniec urlopu.
Zostało nam jeszcze kilka dni. Z tej okazji stwierdziliśmy, że trzeba skosztować naszych polskich trunków (które zabraliśmy na wszelki wypadek). Usiedliśmy na tarasie popijając colę z wiśniówką poznając przy okazji naszych sąsiadów. Małżeństwo z nastoletnia córka. Poopowiadaliśmy im o swoich podróżach po Krecie, daliśmy parę rad na temat autobusów, wypożyczenia auta i kilka innych przydatnych wskazówek. Natomiast rano… czuliśmy, że  wieczorem nie piliśmy trunków hotelowych ale właśnie polskie  – własne. Głowa była zdecydowanie cięższa :)
Dzień przed wyjazdem udaliśmy na zakupy do Rethymnon, postanowiliśmy do końca pozwiedzać to miasto przy okazji pamiątek.
Kupiliśmy trochę „oryginalnych” koszulek z adidasa po 4 euro ale i trochę ciekawszych pamiątek, np. ręcznie robiony obrus , koszulkę produkcji greckiej, herbatę, przyprawy i magnes na lodówkę. Coś czuję ze magnesiki będą naszym stałym elementem podróży <3  Postanowilismy też nie wracać na kolacje, zostając tam do wieczora dostrzegliśmy ze miasto jest jeszcze piękniejsze przy zachodzie słońca – alejki wzdłuż portu zapełniają się ludźmi , a świtała przeróżnych lamp rozświetlają drogę do wszechobecnych restauracji.

Zamówiliśmy w jednej z nich posiłek oraz wino słuchając dobrze dobranej muzyki – dodającej jeszcze większego klimatu. Z tego wszystkiego prawie zapomnieliśmy ze przecież jesteśmy ograniczeni autobusem do którego musieliśmy po tym wszystkim pędzić, aby przypadkiem nie utknąć w daleko od hotelu i być skazanym na taxi. Dostrzegliśmy jedną rzecz. All inclusive zmuszała nas trochę do jedzenia w hotelu, ciągle w jednym miejscu. A przecież można było poznać przy okazji jedzenia wiele ciekawych knajpek, restauracyjek  czy bazarów. Na szczęście nie ulegliśmy temu ograniczeniu całkowicie i spróbowaliśmy przysmaków u lokalnych gospodarzy. Tym bardziej, że ceny naprawdę nie były zbyt wysokie.

Ostatniego dnia czekaliśmy przy promieniach słońca oraz z drinkami w basenie na wyjazd, który miał się odbyć w godzinach wieczornych. Niestety ale autobus był zapowiedzią końca przyjemnej wycieczki. Ponieważ kolejka na lotnisku, lot i późnonocny przylot do Polski sprawił, że powinniśmy dostać jeszcze jeden dzień odpoczynku po urlopie :D
Podsumowując była to cudowna wyprawa, obfitująca w wiele wydarzeń oraz okraszona pięknymi widokami. Polecamy Kretę każdemu. Co do wycieczek z biur podróży, no cóż chyba wolimy niezależność  i następna nasza podróż znów będzie organizowana wyłącznie przez nas :) Poza tym pieniądze dla organizatorów zostają w naszych portfelach :)
Byliście w Grecji? Wam jak się podobało? Już tęsknicie i marzycie o kolejnych wakacjach? :)
 A na koniec kilka zdjęć z plaży o której nie napisał Łukasz – taka na wypasie, mieliśmy tam darmowego drinka czy jakoś tak w ramach hotelu w jakim spalimy, ale trochę pokręciliśmy sprawę i wbiliśmy się na godzinkę na free i do dzisiaj nie wiemy czy mieliśmy płacić. :D
Kilka zdjęć codziennego jedzenia :

Fotozeszyt wykonany jako pamiatka z Grecji:

Ostatnie wpisy
Komentarze (2)
  • daria
    Odpowiedz

    przepiękne <3

    • Uśka Chomczyk
      Odpowiedz

      Dziękujemy Daria! :)