Kategoria Podróże

Włochy

dużo pizzy, wina i pięknych miejsc
To powinny być dwie opowieści o dwóch różnych krajach. Opis podroży autostopem do Albanii oraz wycieczki lotniczej do stolicy Katalonii. Jednak szczęśliwie dla nas obojga jest to opowieść o podróży autem przez Włochy. Wszystko odbyło się trochę na wariackich papierach, jednak wcześniej zaplanowane osobne plany wydały się mniej atrakcyjne niż wspólna droga.
Ruszyliśmy w podróż prosto po moim powrocie z wesela gdzie grałem wraz z zespołem, bez snu, szybka kąpiel i prosto do auta. Nie mieliśmy sprecyzowanego planu drogi. Wiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć Wenecję i Toskanię. Czy zahaczymy o Mediolan, czy inne miasto – pozostawiliśmy to w niedopowiedzeniu.  Ja usiadłem na fotelu pasażera , tym razem Uśka kierowała. Korzystając z aplikacji Airb’n’ zarezerwowałem dwa noclegi nieopodal Wenecji – w Traviso. Pomyśleliśmy, że po wielogodzinnej drodze warto udać się prosto do łóżka na odpoczynek, nastepny dzień poświecić na zwiedzanie i znów odpocząć w tym samym miejscu noclegowym – aby nie mieć poczucia ciągłej gonitwy.  W końcu pojechaliśmy tam na długi weekend odpocząć. Usia dzielnie prowadziła cała drogę by pozwolić mi odpocząć po weselu… no może nie do końca, bo nie wiem czy pozwoliła mi na drzemkę dłuższą niż 15 minut ;)
Droga mimo, że miała wiele kilometrów przebiegała bardzo szybko. Po drodze widzieliśmy wielu autostopowiczów , jak się okazało odbywało się z okazji długiego weekendu majowego wiele wydarzeń autostopowych. Jednakże nasz samochód mimo podróży w dwie osoby był wyładowany po brzegi. Gitara, jedzenie, ubrania i oczywiście butla z gazem, która zajmowała miejsce koła zapasowego. Pokazywaliśmy każdemu, że nie mamy miejsca, lecz na pewnym parkingu dwie polki przekonały nas, że zmieszczą się wszędzie. Postanowiliśmy zatem spróbować i jak się okazało daliśmy radę. Zatem ostatnie 300 km jechaliśmy w czwórkę. Paulina wraz z koleżanką były bardzo sympatyczne co potwierdziły dając nam prezent w postaci lokalnego włoskiego alkoholu kupionego na stacji podczas tankowania. Także zabrać autostopowicza zawsze warto :)
W końcu bardzo zmęczeni dotarliśmy do naszego noclegu w Treviso [klik], niestety gospodyni nie było w domu, ale poinstruowała nas dokładnie jak dostać się do domu i gdzie jest nasz pokój (wynajęliśmy tylko mały pokoik w domu ). Dom wydawał nam się magiczny. Było w nim pełno obrazów, zdjęć i pamiątek z wypraw. Byliśmy przekonani, że osoba tu mieszkająca poznała przyjaciół w wielu krajach.
Następnego dnia poznaliśmy nasza panią gospodarz. Niestety nie mieliśmy wiele czasu na pogawędkę z miłą Panią Franczeską. Pojechaliśmy zatem z naszego miasteczka prosto do Wenecji. Byliśmy trochę rozczarowani pogodą. Każdy gdy myśli o Włoszech ma przed oczami słońce. Więc skąd u licha ten deszcz? Wybraliśmy Wenecję, ale nie byliśmy zbyt przygotowani na jej zwiedzanie. Nie wiedzieliśmy o niej nic więcej niż to ze mają tam Gondole i kanały :D. Postawiliśmy auto na drogim (20Euro!) parkingu , złapaliśmy prom na wyspę i zaczęliśmy spacer po Wenecji. Pogoda trochę się poprawiła, wiec błąkanie się pośród uliczek nad kanałami było cudowne.

 

W końcu poczucie wolności, nigdzie się nie spieszyliśmy, nie mieliśmy żadnych obowiązków ani planów na zwiedzanie. właściwie cala nasza podróż tak wyglądała, to właśnie tutaj skosztowaliśmy najlepszych lodów/gelato jakie mieliśmy okazje próbować we Włoszech. Wenecja to obowiązkowa podroż gondolą. Ale nie dla nas. 50 euro wydało się ceną z kosmosu za podróż w 8 osób w gondoli przez paręnaście minut. Przynajmniej za drogo jak na pierwszy dzień taniej wycieczki objazdowej. ( Łukaszowi było szkoda hajsiku na romantyczne pływanie i tyle! :D )

 

Dzień minął a my czuliśmy niedosyt, jak się później okazało mogliśmy kupić bilet całodniowy i popływać pomiędzy okolicznymi wyspami należącymi do Wenecji (koniecznie to zróbcie jak tam będziecie!). Ponadto pogoda znów chciała nam popsuć humory bo padało, zjedliśmy pizzę, wypiliśmy piwko i ruszyliśmy z powrotem…
Podróż do Mediolanu ? to przecież te same okolice…Popatrzyliśmy zatem na pogodę i szukaliśmy miejsca gdzie nie pada.. Rzym! POSTANOWIONE! Wstaliśmy rano i wyruszymy w 5 godzinna drogę do stolicy Włoch by spędzić tam kolejne 3 dni!

 

Aplikacja znów nam pomogła w wyborze noclegu. Ale jazda autem po Rzymie? To całkowicie inna bajka. Możesz się spodziewać tam wszystkiego, zaparkowane auto na skrzyżowaniu na skręcie w prawo? nie ma problemu, skutery wszędzie dookoła Ciebie, czasami jakiś pieszy, brak miejsca parkingowego i znów skutery (naprawdę wszędzie) . Uważam ze przejazd autem (i to nie małym)  przez Rzym jest czymś czym można się pochwalić w CV. Po dojedzie do naszego noclegu – u Aleksandra [klik] , po znalezieniu paru metrów wolnego miejsca mieliśmy dylemat co z parkometrem – znajdował się niedaleko, ale kwoty byłyby takie ze gdybyśmy chcieli zostawić tam auto na 3 dni to bylibyśmy zupełnie spłukani. Uwaga : Na ziemi znajdowały się niebieskie i białe linie (ta nasza właściwie była trochę biała i trochę niebieska) dowiedzieliśmy się ze maja one znaczenie. żółte były prywatne , białe – należało płacić za parking, niebielskie były darmowe. Zatem zostawiliśmy auto i udaliśmy się do nowego pokoju.
Nocleg był całkiem przytulny a najważniejsze, że znajdował się blisko centrum. Choć  gdzie jest centrum Rzymu? Tego tak naprawdę nie wiemy, ale spacer 15 minutowy aby dotrzeć  pod Koloseum nie brzmi strasznie . Tak własnie zaczęliśmy zwiedzanie stolicy Włoch. Spacerem pod arenę Gladiatorów. Uwielbiam film Ridleya Scotta , a obraz walk na tymże Koloseum wprawiał mnie zawsze w zachwyt. Po dotarciu na miejsce zdziwiłem się jak mało z tej pięknej budowli tak naprawdę zostało. Poza tym usytuowanie jej tak blisko głównych ulic zwyczajnie mnie zdziwiło. Mimo później pory było wokoło dużo turystów (oczywiście na pewno nie tak dużo jak w sezonie, raczej bez tłumów) ale i najprawdopodobniej miejscowych, którzy byli obyci z widokiem i woleli się skupić na konsumpcji wina i piwa na przylegających ławkach.

Przechodząc natchnęliśmy się na knajpkę z przepięknym widokiem na Koloseum. Początkowo tylko z rozmarzeniem patrzyliśmy na piękne małe stoliki i butelki czerwonego wina. Spodziewaliśmy się ogromnych cen. Po pierwsze to Rzym, po drugie euro – jednak ceny nie różniły się tak bardzo od np. cen pod naszym hostelem. Postanowiliśmy zatem łapać chwile i zamówić po lampce czerwonego wina oraz pizzę (jak się pewnie później zauważycie codziennie jedliśmy pizzę, czasem dwa razy w ciągu dnia – to jest najtańsze i naprawdę dobre). Ogromny Księżyc, który był tuż nad Koloseum był niesamowity. Wszystko wydawało się takie nierealne.
Po południu drugiego dnia zwiedzania trafiliśmy do Watykanu. Chcieliśmy zwiedzić Bazylikę św Piotra. Jednak olbrzymia kolejka zniechęciła nas od tego. Podchodziło do nas kilku miejscowych oferujących nam krótszą kolejkę w ramach wejścia grupowego – jednak płatną (standardowe wejście jest bezpłatne). Postanowiliśmy się udać tam dnia następnego – z samego rana.
Jak się okazało nie jest łatwo wcześnie wstać, spakować się i pojechać pod Bazylikę. A ciężko to jest tam zaleście miejsce do parkowania. Po wielu trudach i prawie godzinie szukania okazało się, że wcale nie jesteśmy tak wcześnie i kolejka już jest. Ale cóż trzeba zatem swoje odczekać. Usia stała w kolejce a ja poszedłem zobaczyć jak wygląda sytuacja z ogrodami watykańskimi (druga kolejka), lecz ku naszemu zdziwieniu zanim dotarłem do ogrodów watykańskich to kolejka posunęła się na tyle do przodu ze musiałem już wracać. Bazylika jest ogromna i naprawdę robi wrażenie. Piękne freski, posągi, widok ze szczytu na Rzym i na Plac św Piotra…. Ale w tym wszystkim brakowało mi czegoś, brakowało mi miejsca dla Boga. Wśród tego tłumu turystów , blasków aparatu. Nie było to tak święte miejsce jak myślimy będąc w polskim kościółku. Nawet różańce które można było kupić na placu były niejednokrotnie plastikowe , chińskie, po prostu masowe. Spędziliśmy na tyle dużo czasu w tej Bazylice, że postanowiliśmy już odpuścić ogrody watykańskie. W końcu wyruszyliśmy w 6 dniowa podróż po Włoszech a nie półroczną. Niestety ale musieliśmy powoli wracać.
Następny cel narodził się podczas podróży powrotnej, Wsiadając do auta wiedzieliśmy, że chcemy przejechać przez Toskanię ale gdzie spędzić nocleg? W końcu przeglądając noclegi najkorzystniejszym rozwiązaniem wydała się Piza. Krzywa wieża działa na wyobraźnie. W końcu odwiedza ich rocznie milion turystów. Trasa była słoneczna a  Toskania przepiękna. Nie wybraliśmy przejazdu autostrada. Dlatego mimo iż wydłużyło nam to podroż o parę godzin to pozwoliło nam poznać piękne miejsca. Nie potrafiliśmy wytrzymać i musieliśmy kilka razy zatrzymać się , wyjść z auta i oglądać widoki. Toskania przypomina mi trochę nasze rejony dolnego śląska, te piękne miejsca tylko z delikatnie inna roślinnością, a bliskość morza tez dodaje magi. Postanowiliśmy zatrzymać się nad morzem śródziemnym – a dokładnie morzem Tyrreńskim. Myśleliśmy aby skoczyć do wody, ale piana na falach i ciemny piasek sprawił, że przystaliśmy na spacerze, wdrapaniu się na skały oraz skosztowaniu włoskiej kawy z widokiem na morze. Trafiliśmy do małej knajpki, która chyba nigdy nie gościła turystów, tym bardziej spoza Włoch. Mimo tego ze spędziliśmy trochę czasu we Włoszech podczas zamawiania przyszło do pewnego niezrozumienia. Zamawialiśmy kawę z mlekiem – Caffe latte, otrzymałem: espresso, mleko oraz spienione mleko wszystko w 3 rożnych naczyniach. Zdziwiony , nie chciałem tłumaczyć i odkręcać,  przyjąłem zamówienie – tym bardziej, że zapłaciliśmy za to 2 euro. Postanowiłem zatem zamówić Amerikano myśląc ze otrzymam kawę z mlekiem. Otrzymałem tym razem „o dziwo” espresso a w drugim kubku wodę. W skrócie ciężko jest zamówić kawę z mlekiem przynajmniej w tamtej części Włoch.
Po długiej  i pięknej podróży dotarliśmy do Pizy [klik], zaparkowaliśmy i udaliśmy się na spoczynek. Mielimy bardzo duży pokój z wielkim łóżkiem tuz obok dworca i stosunkowo  blisko (20 minut) do krzywej wierzy. Zastał nas tu jednak deszcz. Zmiana pogody była olbrzymia. Zjedliśmy  i zamiast zwiedzić wieczorem lokale w Pizie to…usnęlismy. Taki wieczór całkowitego luzu. Następnego dnia na szczęście wyszło piękne słonce, poszliśmy na plac zobaczyć słyną Krzywa Wieżę. Była ładna, w słońcu taka piękna biel. Wokół mnóstwo ludzi udających ze ja podpierają oraz dużo zieleni (na którą nie można było wchodzić) ale jednak czegoś brakowało – może widzieliśmy już zbyt dużo pięknych widoków a tutaj… tylko jest tylko ten plac ? Jednak jak to we Włoszech – znaleźliśmy tez kilka ładnych uliczek, kupiliśmy parasol  i tak dla odmiany zjedliśmy pizze.

 

Następnie udaliśmy się w powrotną podróż do Polski. Jednak po drodze chcieliśmy przejechać przez jeszcze przez jedno miasto – Florencję. Piękna majestatyczna i zabytkowa a mimo to nie urzekła nas tak jak zrobił to Rzym, lecz chyba to przez to, że nasza podróż już się kończyła a myślami byliśmy już czasami z rzeczywistością jaka czekała nas w Polsce. Jednak to Florencja uraczyła nas swoją kuchnią. To tutaj mieliśmy swój najdłuższy czasowo oraz najdroższy obiad (bez pizzy!) Ale warto było wydać te 50 euro – sery, które dostaliśmy przez pomyłkę były znakomite (zapłaciliśmy za nie mimo pomyłki kelnera – tak bardzo nam smakowały).

 

Najedzeni , lekko uraczeni winem pospacerowaliśmy jeszcze trochę, kupiliśmy nadruki  obrazów (nie wiem czemu myślałem, że są ręcznie malowane a nie drukowane) i zaczęliśmy nasza podróż powrotna. Żal było wracać, do tego stopnia, że gdy odjeżdżaliśmy podczas pięknego zachodu słońca musiałem się zatrzymać na parkingu , wyjść i wspólnie spojrzeć w ostatnie jego blaski. Jechaliśmy tak długo aż poczuliśmy zmęczenie a po całodniowych wycieczkach nie trzeba było na nie długo czekać. Przed granica ze Słowenia zatrzymaliśmy się na parkingu i przykryci kocem próbowaliśmy przespać parę godzin. Po tym odpoczynku kontynuowaliśmy podroż. Wschód słońca w Austrii był bardzo ładny, jadąc zaobserwowaliśmy, że jest wiele miejsc i krajów które maja dużo do zaoferowania podróżnym, w Austrii też zatrzymaliśmy się na śniadanie i ostatnie tankowanie.

 

 

I powrót do Polski. Włochy były cudowne i na pewno jeszcze do nich wrócimy, szczególnie by po nich pobiegać bo naprawdę jest gdzie, a w sercu będziemy mieć na pewno wspomnienia tej podroży. Na koniec cztery klatki z fotozeszytu, jaki robimy na podsumowanie każdej wyprawy:

 

tekst : Łukasz Kita
zdjęcia: Łukasz i Uśka

Jeśli macie jakieś pytania – piszcie, postaramy się pomóc :) Komentowanie też wskazane :)!

Ostatnie wpisy
Komentarze
  • Michał
    Odpowiedz

    Piękna fotorelacja i Wy :)